Rany Boskie, co to w ogóle za akcja z tymi świętami. Najpierw
się człowiek martwi, że nie będzie go stać na tradycyjna celebrę, a potem pluje
sobie w brodę, że urósł niczym drożdżowe spuszczone nieco z oka.
Pulchny jak biszkopt,
namnożony jak mak, z mina nietęgą, kruchy i maślany, śmieje się jak głupi do
sera, z bananem z kremu na ustach, wkurzony jak piernik ledwo na siebie coś wdziewa
i ma od razu pierwsze postanowienie ma na Nowy Rok tak z wistu – odchudzanie ….
Nie jestem ani lepsza, ani bardziej niezdyscyplinowana jak
miliony ludzi na świecie. Świąteczne pylności niestety tak mnie kuszą, że odmówić
ich sobie nie umiem. Kocham czekoladę, słodycze. To właśnie ciasta stanowią dla
mnie o świętach, ale nie tylko.
Nie wyobrażam sobie świąt bez tego mieszania łychą w garach,
próbowania, bez lepienia uszek i warzenia bigosu, bez pomarańczy, orzechów i
trzaskających łupin, rodzynków, zapachów pieczonych domowych ciast.
Wyjdę na kurę domową jak powiem, że na moim świątecznym
stole nie ma cateringu, a wszystko jest made in my hand? … No trochę wyjdę,
nie?!
Trudno. Kocham w takim razie w święta być kurą domową, a i
każdego dnia jakoś tak wolę piec, gotować dla moich domowników. Może nie jest
to mistrzostwo świata, czy szczyt sztuki kulinarnej, ale jest świeżo i z nutka
poświęcenia.
Na święta, przeto więc warzyłam tydzień wcześniej bigos. Wszystko
przez W. Chodził, smakował, opowiadał i pomyślałam, przecież kurczę blade
wszystko do bigosu mam, no i zrobiłam świąteczny bigos na winie. Tłusty, męski
z jedną małą wadą – bardzo szybko wyszedł. Fakt nie było go astronomicznie
dużo, ale i tak do nowego roku wyjmowałam z zamrażalnika.
Uszek nalepiłam aż 200. Były z mięsem i grzybami. Te grzyby tylko,
dlatego tam wkładałam, bo wigilia. Inaczej nikt z samymi grzybami uszek nie
chce. Barszcz czerwony kupiłam w sklepie. Krakus robi go the best i w ilości
zupełnie odpowiadającej liczebności ludzi przy stole.
Zrobiłam też sałatkę jarzynową w dwóch wersjach. Jena
obiadowa z kapusty kwaszonej z marchwią, selerem, pietruszka, koprem, papryką, oliwą
w wersji ostrej, no i taką zwykłą standardową z jarzynami, groszkiem
konserwowym, majonezem, kukurydzą, kwaszonymi ogórkami, jabłkami i jajami oraz ziemniakami,
marchwią, pietruszką, selerem -w najbardziej klasycznej postaci z majonezem
dekoracyjnym- sałatkę, która najbardziej mi smakuje dopiero po dwóch dniach,
kiedy wszystkie warzywa się przegryzą. Zresztą nigdy całości nie zaprawiam do
razu. Wmieszanie majonezu przed podaniem, to żadna sprawa, a dzięki temu nic
się nie psuje w lodówce.
Rybki miałam w tym roku w dwóch wersjach. Karp i pstrąg.
Tyle tylko, że każda z rybek pieczona w foli i podawana wprost z piekarnika… To
jednak nie koniec. Był i karp po żydowsku.
K mnie namówił. To zwyczajowa
potrawa wigilijna w jego rodzinie. Powie Tak dobrze zrobił, ze mnie namówił.
Nigdy sama z własnej inicjatywy nie zrobiłabym karpia w migdałach, rodzynkach, zsiada.
winie itp.…Przyznać musze, że niezły ten
Karp i chociaż nie wierzyłam faktycznie się tworzy z sosu galareta. Głowy nie dam, ze drugi raz tez tak będzie, bo
to faktycznie może była noc cudów.
W tym roku zarzekałam się. Jedno ciasto i starczy. Miało być
takie połączenie piernika, maku, sera i czekolady oraz kremu orzechowego i waniliowego.
Na kolację wigilijna zaprosiłam KiA. K miał obiecaną przeze mnie kolacje dawno
i jakoś tak schodziło, a A jest pakietowy – mam go w świątecznym standardzie na
stanie i lubię ten stan.
Wykoncypowałam, ze w takim razie jedno ciasto trochę wygląda
nienaturalnie…
Ok pomyślałam, więc zamiast ciasta o zapachu całych świat to
zrobię ciasta świąteczne.
Zaczęłam od Makowca oblanego kremem waniliowym i
obsypanego kokosem, potem jakoś tak piernik mi się u trzepał, a że lubię połączenie
sernika i piernika dorzuciłam 1,5 kg sera z rodzynkami, masłem i kremówką ( o
jajach w żadnym wypadku nie wspomnę) i całość zalałam gorzka czekoladą obklejona orzechową posypką.
Sama
nie wiem jak to się stało, że zrobiło mi się kruche, jakieś jabłka kupiłam –
championy- całkiem pyszna wyszła mi szarlotka w kokosową bezą. Tak gdzieś, kiedyś
kupiłam drożdże i pomyślałam, ze szkoda, żeby się zmarnowały, no i wymiesiłam drożdżowe
cytrynowe, żeby na samym końcu na toast noworoczny pieczenie zakończyć fantastycznym
rafaelo z dżemem żurawinowym i kremem śmietankowym.
Łącznie od wigilii do
nowego roku ciast było sześć. Nie powiem, ze maleńkich, bo brytfanny mam godne
i wychodzi z nich za każdym razem 25 całkiem dużych porcji.
Na całe szczęście
przespałam Sylwestra to Rafaelo upieczone rano w ostatni dzień roku przetrwało
do Nowego Roku, ale już w południe jakoś tak snułam się po domu w poszukiwaniu
łakoci.
Jeśli ktoś sądzi, ze nie pamiętałam o tym, ze nie powinnam
to się poważnie myli. Moja silna wola niestety przegrywa z ciachami, czekoladkami
itp.… jestem czekoladoholikiem i nie będę się wstydzić.
Święta świętami i jak mam być szczera to przełaziłam je w pidżamach.
Jakaś infekcja mi się przyplątała.
Miałam jednak trzy, chociaż właściwie to dwa
wyjścia: Jedno do szpitala na spotkanie z radnymi do starostwa i
chwilę później do urzędu miasta i drugie do burmistrza miasta w ostatni dzień
roku.
Próbę generalna miałam, więc 30.12.2013. Bałam się, ze w nic
nie wejdę. Wyjęłam, więc moje najluźniejsze
spodnie i o dziwo jak były luźne tak luźne są.
Dopiero jednak dziś odważyłam się sięgnąć po moje spodnie, które
są najbardziej żelazną miarą, bo bez domieszki strechu.
Jeansy najwęższe , jakie mam ,wyprałam, więc się zbiegły.
Do
miary podchodziłam dwa razy, żeby w końcu stwierdzić – trudno – tak czy siak
musze je ubrać, żeby wiedzieć, jaka jestem Gruba, bo tak niestety się czuję,
Nie szukałam żelazka, nie prasowałam tylko tak jak zdjęłam z
suszarki włożyłam na siebie. … O rzesz ty, jaka niespodzianka. Nawet brzucha
nie musiałam wciągać…
Mimo to kochani od dziś, i to od teraz znów idę na dietę.
To uczucie nalania i ciężkości jest dla mnie nie do zaakcentowania. Znów powróciła we mnie paskudnie Gruba Baba i
taka wrednie nieszczęśliwa się czuje.
Wprawdzie czuje się tylko obrzydliwie nalana , ale i tak to paskudne
uczucie i musze się go pozbyć w najkrótszym z możliwych terminów.
Niech mi ktoś wytłumaczy jak to jest. Jeden wsuwa tak , ze
spod sterty żarcia go nie widać i chudy jak patyk, a drugi zje raz na jakiś
czas kilka drobnych ciasteczek więcej i od razu czuje się podle...
lubie ciasteczka, bardzo lubie :))) i jak pomyśłę , ze przede mna trzech króli to mi się pierwszy raz w życiu chce płakać od tego świętowania:(
Życie jest okrutne ...aczkolwiek noworocznych postanowień nie mam zamiaru zaczynac od deklaracji odchudzania .... a tak! Mam zamiar za to na siebie uważac i się dopieszczac i nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi.
Życie jest okrutne ...aczkolwiek noworocznych postanowień nie mam zamiaru zaczynac od deklaracji odchudzania .... a tak! Mam zamiar za to na siebie uważac i się dopieszczac i nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz