Katastrofalna przypadłość ludzkiego pęcherza . Niby to takie normalne ,kiedy jest do dyspozycji toaleta. Ile trzeba się jednak nagimnastykować , kiedy człowiek ruszy w plenery ?
Przekonałam się o tym ostatnio . W wielkiej głuszy nie byłam , ale w środowisku na tyle naturalnym, żeby mieć problem z załatwieniem fizjologicznej potrzeby.
Zaczęło się obiecująco nad brzegiem górskiego potoku. Ptaszki świergola, drzewa kwitną, mlecze żółte łby wygrzewają w słońcu, a ja sobie spaceruję . widoki podziwiam i czuje , że lekko naciska mnie potrzeba.
Myślę sobie, jak dobrze, że tu takie odludzie, a i oberwana skarpa za która mam nadzieję załatwić naciskający problem. Poniżej pluszcze sobie w potoku woda , kamienie pod skarpą , schodzę i .... odkryta przestrzeń niczego nie zasłania , a poza tym na jazach rozsiedli się ludzie .
Wytrzymam . Dumnie się zaparłam... a woda pluszcze, a szumi , a mnie pęcherz trzeszczy. Zaczęłam zazdrościć facetom . Ci co najwyżej mniej szlachetną częścią zwrócą się do publiki, a przodem niczym piesek obleją drzewko i pęcherz uwolniony...
Gdybym była zapobiegliwa nosiłabym spódnice do ziemi . Przykuc i nic nie widać , a tak ... niestety mam dresy, a przy dresach spodnie.... Nadzieję wzbudziła we mnie kępa drzew . Wyglądała na gęsta . Zbliżam się i .... kępa drzew i owszem, ale całkiem widna . Wprost na główna arterie komunikacyjną mogłabym się wypiąć na ten przykład tyłem, żeby przodem błyszczeć w kierunku ćwiczebnej trasy sportowej ,którą akurat trenował zapalony trial-owiec robiąc i hałas i stójki. ...
Zakopianka kontra sport- niezła perspektywa.
Jeszcze chwila.Jest tam dalej widzę lekki wzgórek . Pęcherz zawiązałam na sznurek i gnam ,,,, I już , już , już się zbliżam i oto jak grzyb po deszczu wyrasta obok domek letniskowy , a w ogródku pan z narzędziem ziemię wzrusza.. Kurcze , a mnie się skraplają uczucia i to w tempie niemożebnym. Ptaszki sobie wyśpiewują , woda sobie pluszcze, a mnie uryna po pęcherzu chluszcze i nie ma dokąd pójść, chociaż wszędzie głusza.
Siku, siku, Siku... wszystko we mnie krzyczy i nie mogę się absolutnie na czymś innym skoncentrować.
Idę ta drogą przez mękę i się rozglądam. Potoczek się wije . Po kamyczkach rybitwa skacze. Na drugim brzegu chyba pielgrzymka spacerowiczów ... i gdzie tu zrobić siku ?...
Zawracać nie warto , bo do domu nie zdążę,a po drodze toaletowa plaża i nie ma co się łudzić , ze sytuacja jak aura zmieniła się z sekundy na sekundę.
Kurka wodna , kiedy już byłam pewna , że tego złota zawartego w urynie nigdzie nie doniosę rzeka zrobiła zakole, wezbrana tu kiedyś woda oberwała brzeg i wyżłobiła załom . Do głównego koryta , gdzie płynie potok sobie zostało metrów ze 35 to ja szu w ten załom i już się nie rozglądam gdzie kto stoi czy patrzy czy gdzie jest tylko zdejmuję galanterie całą i .... siiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiikam w końcu na świat, a z każda kropla czuje większą ulgę.... Co za paskudny świat, myślę , żeby zwykłego choćby toy - toya nie można było znaleźć, albo chociaż sławojki wolno stojącej , albo chociaż kępy osłaniającej ............. i tak ku uciesze przypomniało mi się, jak w schronisku górskim pod Wagą wprawiłam w osłupienie Słowaka żądając klucza do prysznica, żeby zmyć z siebie trudy wdrapania się na Rysy 2499m n.p.m po stronie polskiej, plus tych kilka metrów do 2503 m n.p.m po stronie słowackiej ...ech takie są też uroki pierwotnych miejsc.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz