środa, 2 listopada 2011
I ...kaplica
Przyszłam punktualnie, a nawet trochę przed czasem. Mops, którego ktoś porzucił urządził sobie zwiedzanie budynku i wszedł ze mną na ostanie piętro. Potem zszedł z kimś innym. Beztroski i bezpański natenczas. Było 10 minut przed 9.45, bo tak miałam się stawić. Odczekałam przed biurem do 10.20, by ostatecznie dowiedzieć się, że jednak dzisiaj pani nie przyjdzie. OK, przemówiłyśmy się na inny termin. co mam powiedzieć?....Z pewnością nie to co myślę. Nauczono mnie rzetelności. Może z punktualnością miewam małe problemy, ale się staram. Nigdy chyba tak paskudnie nikogo nie potraktowałam. W duchu powtarzam sobie jeszcze chwilę...
Jedyny plus to taki, że na pietrze spotkałam człowieka, którego znam ze spacerków z Didi. Zawsze wymieniamy kurtuazyjne pozdrowienia. Ma trzy potężne psy obronne : białą, czarną i brązową sunie. Świetnie wytresowane i wydaje mi się , że to pitbulle, ale pewna nie jestem , bo dawno ich nie widziałam.Okazuje się, ze człowiek jest artysta malarzem. Wprosiłam się na chwile do jego pracowni.Podlewał akurat kwiatki. Patrzyłam na obrazy. Mnóstwo w nich światła i niecodziennej ekspresji. Nawet nie wiedziałam , że pod malownicza nazwą art cafe kryje się pracownia malarska.
To plus tej dzisiejszej eskapady.
Jestem zmęczona. Po drodze trafiłam na popsute bankomaty. Dałam sobie spokój z zakupami. Wróciłam do domu i mam odruch zwrotny, chociaż nie mam na imię Magda i nie nosze ksywy łe... Mój mundurek jeszcze w sklepie. Jedyny ratunek w M... wprawdzie głupio w ciuchach od Versace paradować w tym miejscu, ale jak nie bedzie wyjscia, to trudno, lubie ten styl:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz