czwartek, 8 grudnia 2011
fiu bździu
Kupiłam sobie książkę. Tak sobie obiecałam. Złożyłam zamówienie i zapomniałam o nim. Posłaniec mnie i zdziwił i zaskoczył. Jednak jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że zgubiłam klucze i nie mogłam drzwi otworzyć. Głupia sprawa. W końcu przemówiłam się z gościem na inny dzień. To był bardzo dobry ruch w konsekwencji. Kluczy szukałam jakieś dwie godziny. Przetrząsnęłam wszystkie kieszenie,zajrzałam do możliwych półek i skrytek. Przepadły, jak kamfora. Spojrzałam nawet do lodówki i do zamrażalnika, gdzie zdarzało mi się wkładać notatki do egzaminów. Niestety tym razem tam nic nie było. Koło 22-tej byłam zrozpaczona. Przecież muszę psa wyprowadzić i... bezwładnie usiadłam na moim łóżku, oparłam się o poduszkę i zimny metal przywołał mnie do porządku... Cała ja . Zupełni nie wiem, po co mi klucze pod poduszką były, ale tam je schowałam . Muszę koniecznie do moich gwizdków odwiesić elektronicznego szukacza. Ok... Czyli dziś odbiorę książkę. Poczytam sobie opowieści o tych , którzy stworzyli monumentalną całość z fragmentarycznych życiorysów. Boże, jak ja w nic nie wierzę. Nawet te mantry, które kiedyś poznałam jako afirmacje dzięki Elce nie działają na mnie. Patrzę do lustra i mówię wierszyk Włodka i gorzko się uśmiecham. Słowa nie zastąpią u mnie konkretu, a konkret na dziś jest żaden. Na szczęście do 2.01.2012 zostały jeszcze 24 dni- jak data wigilii. Przez kolejne 24 dni powtarzać będę Włodkowy wierszyk. Nie z przekonania, tylko żeby nie przegrać zakładu. Ech... przynajmniej Wigilia w tym układzie jest pewna. Czy chcę czy nie chcę pojawi się w kalendarzu, kalendarzu na końcu którego napiszę to był fatalny rok i dobrze, że sobie poszedł, zamykam go bez żalu. Niby co mam napisać, że dzięki ci stary roku, że zmarnowałeś mój kolejny szmat czasu ? To byłby masochizm .
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz