Dotąd nie miałam czasu, żeby spacerować. Zaczęło się od choroby zaraz przed świętami. Potem poszło!... Trudno było mi sie zebrać. Początek roku tez miałama fatalny.
No , ale uczucie brzydliwego przepełnienia nie dawło mi normalnie żyć ... i w końcu mimo ataku zimy wróciłam. Raz dziennie spaceruję jakieś trzydzieści minut po lesie. Na razie niewiele , ale niestety utrzymanie czterech, a w porywach pięciu istot na jednych barkach to troche nawet dla takiej Pstrowskiej jak ja za dużo....
Dwa dni marszruty juz zrobiły swoje. W spodniach pojawił się luz... a moje wilcze głody zaspakajam burakami, marchwią z jabłkiem czy bananami w jogurcie greckim, albo sałatkami z kapustą.Po nocach nadal mi sie śnią pyszności.: torty, kanapki z McDonalda, Wrapy, Tortille i kebaby... na razie jednak nie moge sobie na to pozwolić.
.
Martwie się ...tu mogłabym całą litanię napisać, ale po co... co kogo obchodzą moje zmartwienia....ważne , zeby znajdować pozytywy w tych trudnych sytuacjach. Ciągle przywołuję sobie obrazy z filmu o istotkach, które by uratować świat musiały zacząć razem w jenym celu dążyć.
Nie żalę się na nic. Mam tylko nadzieje, ze życie odda w dwójnasób , a może i wielokrotnie tym, którzy krzywdę mi robili.
Ważne jest to, ze uczucie nalania się zmniejsza. Tu jednak się boję , ze może to być kwestią przyzwyczajenia... ale sprawdzam każdego dnia. Znów sypiam z centymetrem i dotąd będe walczyć aż
powróce do stanu, kiedy czułam się świetnie ...a tak na marginesie teraz odchudzam też mojego psa...biega wiięcej to robi się smuklejsza:), a ja od podnosznie patyczków , lepienia śnieznych kulek do zabawy jestem dużo bardziej zwinna. Trzymajcie za mnie kciuki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz