W każdym roku tak jakoś podświadomie uciekałam od wizyty księdza . Dziś uważam , że jest ważnym elementem naszego kontaktu.
Fakt, faktem, że nigdy nie wiem kiedy ona ma być. W tym roku też jakoś tak mi umknęło, ale na szczęście są ministranci. Przygotowanie wszystkiego zajęło mi 15 min. Może nie było to tak perfekcyjnie zaplanowane, a zrobione naprędce, ale liczy się rezultat. Jestem już po Kolendzie .
Następna za rok .Fakt faktem ,że nie potrafię się przestawić na ten góralski obyczaj. Kupowanie świec, jako symbolu światła w dobie elektryfikacji wydaje mi się bzdurnym akcesorium, a do stawiana krzyża na stole nikt mnie nie zmusi. Mój stół żadnym grobowcem nie jest, miejscem kultu tez nie, to żadnych ołtarzy na stole nie będzie . Tylko kropidło trzeba kupić w każdym roku, żeby brudu i kurzu na stół nie wrzucać, no i kopertę białą kupuje też co roku , reszta wydaje mi się zbytkiem. W moim rodzinnym domu , stół nakrywało się białym obrusem, stawiało się talerz z wodą, kładło się kropidło i pod talerz wsuwało się kopertę białą z zasilaczem, wszystko. Prosto, skromnie i finansowo z klasą , no i w świetle wszystkich domowych jupiterów- dom bowiem i przed domem przy okazji wizyty księdza ekstra się oświetlało.Potrzebne jest coś więcej, żeby spotkał się człowiek z człowiekiem ? Moim zdaniem nie.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz