Jeszcze kilka miesięcy temu uważałam, że rozmiar 40-ci to szczyt moich możliwości. Dziś w rozmiarze 40-ści uważam , ze nadal mnie za dużo. Z pewnością jest na to jakieś fachowe określenie, którego naturalnie nie pomne. Póki co zwyczajnie stoję przed lustrem i marudzę. Kości wprawdzie mam wyczuwalne, ale czuje tez na nich grubą gąbczasta warstwę. Z drugiej jednak strony, kiedy zobaczyłam kobietę wychodząca z mojego bloku, taki typ anorektyczny : stara pomarszczona twarz, nogi jak po krzywicy to wiem absolutnie, że taką być nie chce. Z tymi fałdkami jednak wcale mi nie jest ani wygodnie ,ani do twarzy... Zresztą mam jakąś niebywałą fobię, cokolwiek zjem , czuję się winna, że jem . Logika mi szepcze, że jedzenie jest naturalna potrzebą człowieka, a nawet koniecznością , no ale co ma ratio do mody?
Gdyby fanaberie mody były wytłumaczalne nie mówiłoby się, że nawet najpiękniejsza modelka powinna dla swojego bezpieczeństwa trzymać język za zębami. Ponoć głupie piękno traci powab. Póki co mój okrągły pas do pasa modelek ma się nijak- co to to to mogę być spokojna.... w pasie 74 w biodrach 97... z grzechów mam tylko jeden: za to słodki ... wypiłam 1 l soi waniliowej - zupełnie mnie oszołomił smak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz