
Mgły, mgły i mgły.... Rano kiedy wstaję jest tak jakoś smutno. Di znudziły się już jabłka ... Ostatnio miała dziwny napad i jadła jak oszalała własnie jabłka. Po raz pierwszy została w domu nienaruszona połówka....Rano jednak tak jakoś zwyczajowo spod jabłonki wzięłam dla niej znowu. Przyzwyczajenie to jednak druga natura człowieka.Nasza pani sprzątająca wokół bloku zaważyła, ze te jabłka nadają się świetnie na szarlotkę... Matko jedyna już nie pamiętam kiedy takową jadłam. W mojej diecie jabłka w zasadzie nie istnieją . Czasem zjem jakieś,ale wyrzuty sumienia mam długo... Poszłyśmy z Di do lasu. Mgły ciągną się wzdłuż Dunajca, gór prawie nie widać. Po rzece pływają kaczki. Pewnie czekają na panią Helenę. Ona zawsze je dokarmia. Czasem spotykamy się na moście . Zawsze uśmiechnięta i pogodna . " byłam u świętej Katarzyny pomodlić się o pogodę i słoneczko" słyszę na powitanie -i zebrałam ze śmietników chleb dla kaczek, bo one się cieszą. Rzuca im ten chleb i zaraz odchodzi. Idzie na kopulę sprawdzić , czy widać Tatry. Panią Helenę znają wszyscy na alejce spacerowej do Czerwonego Boru. Każdemu mówi jaki piękny stąd widok na Pieniny i Gorce i czy Tatry widać. Wita turystów, śpiewa piosenki przy figurce , która ktoś zawiesił przy wejściu na platformę widokową. Ekipa emerytów, których w lesie można spotkać zawsze na dzień dobry pyta ją czy była się pomodlić o pogodę... Dzień świstaka jak pragnę zdrowia.... Z Di wracam zmęczona , monotonia , jednostajnością,...no i kiedy pomyślę, że mam przed sobą jedno z zadań sprzątanie domu to naturalnie robię wszystko, żeby to ominąć. Nuda...prawda?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz