O wszystkim
trzeba umieć opowiadać. Nawet jedzenie może mieć swoje story. JATE w ogóle ma
hopla z przerzutką na punkcie opowieści o jedzeniu. Jego opowieści są
aromatyczne, barwne, pełne czaru, lekkie, pikantne.
JATE
jest jedynym człowiekiem, który potrafi wmusić we mnie każdy kęs. Nawet wtedy,
kiedy absolutnie nie chcę.
Dzięki niemu
nie mówię, ze czegoś nie wezmę do ust. Tak miało być ze ślimakami, małżami,
udkami żab i już sama nie pamiętam, z czym jeszcze. Na mojej i liście paskudztw
świata znajdowało się mnóstwo różnych rzeczy... Skapitulowałam. Nawet nie pamiętam,
kiedy to się stało.
Ślimaki w serze,
rewelacyjne, żabie udka w piwie – złego słowa nie powiem, małże nawet prosto z
puszki są fantastyczne…
JATE ma
zwyczaj oswajania mnie z tymi wszystkimi wynalazkami. Z reguły zawiązuje mi
oczy moją apaszką, jak przy zabawie w ciuciubabkę, a potem dokarmia i ciągle pyta,
z czym kojarzy mi się ten smak.
To chyba
najbardziej zmysłowe poznawanie kuchni. Każda kropla odgrywa tu rolę, każdy detal,
którego nie zauważa się, kiedy jedzenie nie jest celebrowane, a tylko
pochłaniane. Na kubki smakowe płynie sok miażdżonych kęsów zroszonych kroplami
aromatycznych cytrusów, sosów złamanych nutami czosnku, cebuli, pietruszki,
szczypioru czy kopru. Tylko w takich momentach jem z pasją i przyjemnością.
Kuchnia JATE jest jak najlepsze zajęcia terapeutyczne likwidując uprzedzenia.
Kiedy wyłączy
się wzrok, dotyk i słuch wypełnia zmysłowa muzyka świat smaku nabiera
czarodziejskich barw. Paskudztwa wtedy nic nie znaczą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz